logo
Zarejestruj | Przypomnij hasło
Login:
Hasło:
Wielkość czcionki: A A ADodano: 2008-02-26 

Problem - ”Emeryci w przychodni”

Podziel się
Grażyna Mazur

Codzienny widok sprzed okienek rejestracji do lekarzy w przychodniach rejonowych czy przyszpitalnych - tłumy ludzi oczekujących na swoją kolej. Zdenerwowani, zniecierpliwieni i zmęczeni potencjalni pacjenci i w nie lepszym stanie pracownicy. Oczywiście, że przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele - zbyt liczne rejony obsługi mieszkańców w dużych miastach, zbyt mała obsada gabinetów, marne materialne warunki recepcji dla pacjentów oraz pracy dla personelu. Ale także taki aspekt... hmmmm, jak by go tu nazwać... socjologiczno-demograficzny, na który zwykle nie zwraca się uwagi, a który z racji zaznaczających się w naszym społeczeństwie coraz silniej prawidłowości demograficznych, niewątpliwie będzie narastał. Zatem próby znalezienia z wyprzedzeniem jakiegoś rozwiązania systemowego na pewno nie są przelewaniem z pustego w próżne.

Wracając do naszej przychodni wypełnionej coraz bardziej rozdrażnionymi oczekującymi - już pierwszy rzut oka upewni nas, że niewątpliwie ponad połowę z nich stanowią ludzie w wieku podeszłym - na pewno emerytalnym. Oczywiście, w trakcie starzenia pojawiają się symptomy niedoskonałości pracy poszczególnych organów lub układów - nie odkryłam tu żadnej Ameryki. Ale, czy aż taka liczba ludzi w podeszłym wieku jest zmuszona względami zdrowotnymi do podjęcia leczenia?

Wśród najczęściej wymienianych motywów częstych wizyt u lekarza znajdziemy następujące: „tak na wszelki wypadek", bo „lepiej zapobiegać niż leczyć" lub „by być o krok przed chorobą". To wszystko oczywiście są jak najbardziej racjonalne sentencje. Ich źródłem jednak tak naprawdę nie jest „ratio", czyli umysł pacjenta, lecz jego emocje. U źródeł tych zbyt częstych wizyt w przychodniach leżą takie emocje, jak poczucie osamotnienia, nieprzydatności, utraty wartości dla otoczenia, a przede wszystkim - lęk. Ten lęk, utrata poczucia bezpieczeństwa, jest szczególnie dotkliwy, jeśli człowiek mieszka sam. No, bo gdyby coś się stało...? A kiedyś stać się przecież musi i nie ma od tego ucieczki. Więc na wszelki wypadek trzeba wyjść między ludzi. No, ale przecież - gdzie? No i z jakiego powodu? Najbardziej logiczne wytłumaczenie tego wyjścia to konieczność leczenia się. I proszę! Już po wstydzie! No, bo przecież to wstyd przyznać się do lęku i niepewności... Tak, mniej więcej, wygląda tok myślenia osoby - „bywalca" przychodni rejonowej. Na dodatek, czas pod drzwiami gabinetu spędzić można na ciekawej i nieraz pouczającej rozmowie, która także może poprawić stan naszego „ego". Jest to możliwe, jeśli to my jesteśmy stroną udzielającą informacji i wskazówek. I znów okazało się, że jesteśmy obyci, mądrzy i doskonale zorientowani - tak w realiach, jak i we współczesnych naukach medycznych i technologiach badań. Pod drzwiami gabinetów lekarskich zawiązują się struktury społeczne, o których zatrudniony w przychodni personel nie ma pojęcia - nieformalne kluby pacjentów (klub chorej wątroby lub zawrotów głowy). Pomiędzy ich członkami krążą intensywnie informacje o lekach, ich działaniu, cenach w różnych aptekach oraz o personelu leczącym („...taka młoda brunetka, Iksińska. Mówię pani - młoda, ale baaaardzo mądra doktór...", „Ten? Igrekowski? Przecież to konował! Wie Pan, jak on załatwił w zeszłym roku wujka Zdziśka?").

To wszystko nie jest jednak wystarczającym powodem, by obśmiewać. Opisane sytuacje powinny być raczej impulsem do głębokiej refleksji. Należałoby również współczuć i pomyśleć o pomocy - z wymiernym pożytkiem dla wszystkich - lekarzy, pozostałego personelu i reszty pacjentów.

Polska się starzeje. Przybywa osób w podeszłym wieku. Stanowią one coraz większą procentowo część naszej populacji. Nie jest to żadna tajemnica - raczej prawda głoszona przez ekonomistów i polityków - i przyjdzie dzień, kiedy będziemy musieli się z nią zmierzyć.

Natura nie lubi pustki - skoro jest specyficzne zapotrzebowanie, może należy pomyśleć o jego zaspokojeniu? Opisując konstrukcję tego zjawiska, dotknęłam kilku sfer.
1. Prawdziwych powodów jego powstawania.
2. Głównych potrzeb, które zaspokajane dzięki jego zastosowaniu, i mechanizmu, w jakim to się dzieje.
3. Rodzaju potrzeb, zaspakajanych przez zainteresowanych jakby „obok" zasadniczego procesu leczenia niewątpliwie istniejących problemów ze zdrowiem.

Tyle, że o ile problemami ze zdrowiem naszego społeczeństwa powinna zajmować się służba zdrowia, o tyle problemami z funkcjonowaniem tych osób w naszym społeczeństwie oraz ich emocjami - już niekoniecznie. Wiąże się to także z myśleniem o innym rozłożeniu wydatków na cele społeczne.

Pomyślmy - ile pieniędzy można by zaoszczędzić, gdyby po poradę do lekarza zgłaszali się wyłącznie ci, którzy jej rzeczywiście potrzebują? To pieniądze wydawane na wynagrodzenie personelu, utrzymanie materialnej strony placówek, sprzętu diagnostycznego i leczniczego. A ile pieniędzy zostawałoby w kieszeni owych - poszukujących przede wszystkim redukcji swoich lęków - pacjentów? To koszt przepisanych leków oraz zaleconych badań - często wykonywanych odpłatnie. A o ile więcej czasu na pomoc rzeczywiście potrzebującym miałby personel i o ile więcej satysfakcji ze skuteczności swojej pracy?

Niestety - w Polsce nie istnieje programowy sposób myślenia o problemach ludzi starych. O tym, jakie mają potrzeby i jak je zaspokoić.

Myślę, że czas na działania wyprzedzające ten narastający problem. Może w społeczeństwie powinni pojawić się - nazwę ich tak roboczo - „animatorzy życia społecznego" dla ludzi starych? Wiadomo nie od dziś, że zinstytucjonalizowane, przywiązane do miejsc i formy, działania społeczne są droższe w zastosowaniu niż obsługa w terenie. Myślę, że zorganizowanie służby opieki geriatrycznej, wychodzącej do osób potrzebujących, pracującej w terenie, w którym ci ludzie żyją na co dzień, może być choć cząstkowym rozwiązaniem na przyszłość.

Z jednej strony, poprzez animowanie więzi pomiędzy samotnymi starymi ludźmi, poprzez organizowanie im życia towarzyskiego, związanego z zainteresowaniami czy wzajemną pomocą, tworzenie grupek zaprzyjaźnionych ze sobą osób, wprowadzenie elementów rywalizacji pomiędzy grupkami, udałoby się zaspokoić takie ludzkie potrzeby, jak bycie z innymi, budowanie poczucia bezpieczeństwa i zarazem przydatności innym. Grupy wsparcia, animowane przez działających tak zawodowych „przyjaciół" ludzi starych, poza odwracaniem uwagi od samotności i cierpienia z powodu starości i choroby, niewątpliwie mogłyby stać się tworami, których członkowie dobrze się razem czują i dobrze się ze sobą bawią. No i jest jeszcze inny kontekst społeczny - wiele osób znalazłoby dzięki temu możliwość spełnienia i sposób na życie oraz miejsce pracy.

Wyobrażam sobie, że powstanie takich struktur mogłoby we współczesnym polskim - coraz bardziej upodobniającym się do zachodnich - społeczeństwie umożliwić starzenie się, odsuwające i od najbardziej zainteresowanych i od ich rodzin wizję domu opieki. Natomiast placówki tego typu, z niewieloma chlubnymi wyjątkami, wciąż stanowią u nas synonim ostatecznego rozwiązania i bezdusznej, odczłowieczonej instytucji.






wstecz strona główna drukuj przeslij znajomemu zadaj pytanie
Blog Rozmowy forumzdrowia.pl Reklama Polityka prywatności Kontakt FAQ Mapa strony Partnerzy Copyright O nas Ustaw jako startową
© 2007-2010 Wydawnictwo Lekarskie PZWL
Informacje publikowane w serwisie mają charakter edukacyjny i żaden z zamieszczonych materiałów nie zastąpi wizyty u specjalisty. Wydawca oraz autorzy nie ponoszą odpowiedzialności za następstwa niewłaściwego zastosowania prezentowanych treści.
ISSN 2083-7860